ŚW. KATARZYNA LABOURÉ

|
Witaj młodzieży: Agnieszko, Kubo, Kingo, Damianie, Karolino…! Mam na imię Katarzyna…
Jeżeli jesteś uczniem lub studentem, niedawno zacząłeś wakacje. To bardzo oczekiwany przez Ciebie czas. W końcu można odpocząć, wyspać się, nic nie robić, posłuchać muzyki, pograć na komputerze…Możesz też gdzieś pojechać, poznać nowych ludzi i poszukać ciekawych przyjaciół…
Chciałabym zostać Twoją przyjaciółką, a przyjaźń to wspólne patrzenie w tym samym kierunku… Abyśmy mogli się poznać chcę Ci krótko opowiedzieć o sobie, co mnie w życiu fascynowało, jak starałam się kochać Boga i ludzi.
Pierwszą bardzo ważną dla mnie wartością była rodzina. Mieszkaliśmy na wsi, mieliśmy duże gospodarstwo. Ojciec musiał dużo pracować na roli, mama również ciągle była zajęta pracą w domu, znajdowała jednak czas by uczyć nas rozmowy z Bogiem. Rodzeństwa było nas dziesięcioro, siedmiu chłopców i trzy dziewczyny. Pomagaliśmy rodzicom w pracy w gospodarstwie, czasem było ciężko, ale najważniejsze, że byliśmy razem. Tato był za wszystko odpowiedzialny, mama była sercem domu, a my chętnie przy pracy bawiliśmy się w najlepsze. I kochaliśmy się szczerze…
Dla mnie niestety czas szczęśliwego dzieciństwa szybko się skończył. Gdy miałam dziewięć lat, zmarła najukochańsza osoba na świecie – moja mama! Ojciec nie wiedział, jak się nami zaopiekować, więc oddał mnie i moją młodszą siostrę Tonię na wychowanie do cioci. Nie było nam tam źle, ale to nie był nasz dom. Po dwóch latach wróciłyśmy do ojca i powiedziałam, że z Tonią damy sobie radę, by zająć się domem, zwierzętami i najbliższym gospodarstwem. Ale to było trudne zadanie, jak na nasze, słabe jeszcze siły. Szukałam gdzieś pomocy. I znalazłam! To była przeogromna siła i wartość mojego życia – modlitwa. Myślę, że nauczyła mnie tego moja druga Mama – Maryja. Zaraz po śmierci mojej ziemskiej mamy, przytuliłam się do jej wizerunku i prosiłam: „ Teraz Ty bądź moją Mamą”, a ona potraktowała to bardzo na serio.
Maryja była ze mną podczas sprzątania i prania, gotowania i opieki nad zwierzętami, ale zapraszała mnie także na samotną modlitwę, bym mogła porozmawiać z moją niebiańską Matką i Jezusem sam na sam. Gdy miałam chwilkę czasu biegłam do naszego małego kościółka w Fain – les – Moutier Niestety tabernakulum było tam puste, a Msze były tam odprawiane rzadko ale wtedy zapraszałam Jezusa by mieszkał w moim sercu, jak w tabernakulum. Gdy byłam nieco starsza, biegłam rano przed pracą do parafialnego kościoła w Moutiers- Saint – Jean, gdzie codziennie była odprawiana Msza święta. Aby tam dotrzeć musiałam pokonać dwa i pół kilometra w jedną stronę, ale Eucharystyczny Jezus w moim sercu był największą siłą na cały dzień ciężkiej pracy. On chciał bym stała się Jego oblubienicą i coraz bardziej pociągał mnie do siebie. Zapragnęłam oddać Mu się całkowicie…
Miałam już dwadzieścia cztery lata, gdy ojciec w końcu się zgodził, bym wstąpiła do Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia św. Wincentego a Paulo. Byłam taka szczęśliwa, ale nie wiedziałam, co mnie tu jeszcze czeka…
Postulat odbyłam w Chatillon, trwał tylko trzy miesiące. Seminarium, czyli nowicjat, który dziś trwa prawie dwa lata, dla mnie był bardzo krótki, trwał od 21 kwietnia 1830 do końca grudnia tego roku , ale tyle się wtedy wydarzyło i to w samym sercu Paryża.
Zaraz na początku seminarium, w rocznicę przeniesienia relikwii św. Wincentego, zobaczyłam jego serce i spotkałam się z nim samym. Dwa miesiące później, w nocy z 18 na 19 lipca 1830 roku, pierwszy raz objawiła mi się Maryja. Mówiła o trudnych czasach, które są przed nami, o tym, że siły trzeba szukać u stóp ołtarza jej Syna oraz, że ma dla mnie specjalną misję. Następnym razem przyszła do mnie jeszcze w tym samym roku 27 listopada, pokazała mi Cudowny Medalik i prosiła bym starała się o jego wybicie. Była u mnie jeszcze raz, w grudniu, i prosiła by założyć Dzieci Maryi.
Wspaniałe były specjalne spotkania ze św. Wincentym i Maryją, ale to, co najbardziej we mnie pozostało to misja, aby dokładnie wypełnić to, czego chciała Matka Boga. Nie było to wcale takie łatwe. Po drodze miałam wiele trudności, ale łaska Boża pomogła mi je pokonać. Dzięki mojemu spowiednikowi ks. Aladelowi udało się wybić Cudowny Medalik i założyć Dzieci Maryi. Gdy to wszystko się wydarzyło, miałam tylko dwadzieścia cztery lata, ale ta misja wypełniła i nadała sens całemu mojemu życiu. Oddawszy całkowicie serce Bogu i Maryi, przez resztę swojego życia służyłam ubogim, ukochanym przez Boga i św. Wincentego.
Dziękuję Ci za to, że zechciałeś mnie wysłuchać, za to, że wczuwałeś się w moje smutki i radości. Teraz wiesz, że byłam zwykłą dziewczyną, taką jak wiele dzisiejszych, a jednak byłam potrzebna Bogu i Maryi.
Dziękuję za Twoje szczere odpowiedzi, za nasz wspólny dialog, za otwartość Twego serca, właśnie tak buduje się przyjaźń. Będę o Tobie zawsze pamiętać i wstawiać się za Tobą u Pana, a Ty pamiętaj też czasem o mnie.
s. Katarzyna
Bibliografia Aladel J., Wiadomość historyczna o początkach i skutkach Cudownego Medalika, Warszawa 1883. s. Urszula Kosicka SM
|