Ojciec wewnątrz jest cały miłosierdziem

KONFERENCJA PIERWSZA

Mam nadzieję, że udało się nam wczoraj przed zaśnięciem przeczytać po raz sto pierwszy przypowieść o „Marnotrawnym Synu”, ale czasem pewnie mamy takie doświadczenie, że jeżeli czytamy po raz kolejny i kolejny, to niekiedy odsłaniają się nowe pokłady treści. Ale zanim dojdziemy do tej przypowieści o „Miłosiernym Ojcu”, to troszeczkę o Roku Jubileuszowym Miłosierdzia.

W Starym Izraelu był taki zwyczaj, że co pięćdziesiąt lat był rok jubileuszowy. Siedem razy siedem, co siedem lat, siedem takich lat, czyli po 49 latach, pięćdziesiąty rok był rokiem jubileuszowym. Na czym polegał jubileusz? Rozpoczynał się od trąbienia w taki róg, który się nazywał jobel, a zasady, jakie obowiązywały w tym roku, to: jeżeli ktoś w ciągu tych ostatnich pięćdziesięciu lat sprzedał ziemię rodową, ta ziemia do niego wracała za darmo; jeżeli ktoś stał się niewolnikiem, w roku jubileuszowym odzyskiwał wolność; jeżeli ktoś sprzedał jakąś inną nieruchomość, ta nieruchomość wracała z powrotem do właściciela. Chodziło o to, żeby naród wybrany miał taki majątek, taką własność, taki stan posiadania, stan rzeczy, jak w momencie, kiedy zajął ziemię obiecaną. Żeby te wszystkie dobra nie rozproszyły się, żeby pozostały w tych dwunastu pokoleniach. Taka była idea. I co pięćdziesiąt lat.
Hasłem tego Roku Jubileuszowego są słowa z Ewangelii wg św. Łukasza: „Bądźcie miłosierni, jak Ojciec wasz jest miłosierny”. Papież Franciszek ogłosił ten Rok Miłosierdzia w pięćdziesiątą rocznicę zakończenia Soboru Watykańskiego II. Policzył sobie pięćdziesiąt lat i tak jak w starym Izraelu, podobnie i teraz ogłosił, że to od zakończenia soboru, który był ważnym soborem, przełomowym wydarzeniem w życiu Kościoła, ogłosił Nadzwyczajny Rok Miłosierdzia. I hasło, jakie wybrał na ten rok: „Bądźcie miłosierni, jak Ojciec”. Święty Łukasz, z którego Ewangelii pochodzą te słowa, jest bardzo czuły na punkcie miłosierdzia. To tylko św. Łukasz zapisał taką piękną przypowieść o miłosiernym Samarytaninie. Znamy ją: wracał z Jerozolimy pewien człowiek, wpadł w ręce zbójców, zobaczył go kapłan i minął, zobaczył go lewita i minął, a Samarytanin zobaczył go i się ulitował nad nim, zlitował się nad nim. To tylko św. Łukasz przytacza przypowieść, wczoraj wspominaliśmy, czytaliśmy tę przypowieść, o miłosiernym ojcu i dwóch marnotrawnych synach, bo jeden był gorszy od drugiego. Co by było, gdyby wrócił ten marnotrawny syn i zastał w domu starszego brata, jak by się jego losy potoczyły? Można by sobie wyobrazić. I to jest zapisane w piętnastym rozdziale, a poprzedzone jest dwoma takimi krótkimi przypowieściami o zagubionej owcy i o zagubionej drachmie. Ewangelia Łukasza.
U św. Mateusza te słowa, które Łukasz usłyszał jako: „Bądź-cie miłosierni”, one są zapisane jako: „Bądźcie doskonali” – „Bądźcie doskonali jak Ojciec wasz niebieski jest doskonały” (Mt 5,48). U Mateusza te słowa padają na zakończenie Kazania na górze. I po takim najdłuższym kazaniu u św. Mateusza Jezus podsumowuje i mówi wtedy (według św. Mateusza): „Bądźcie doskonali”. A to zdanie św. Łukasz usłyszał inaczej. On usłyszał to jako: „Bądźcie miłosierni”. To jest Łukaszowa wersja o doskonałości Boga. Łukasz chce powiedzieć, że Bóg jest doskonały w ten sposób, że jest miłosierny. Doskonałość Boga polega na Jego miłosierdziu. Tak w zestawieniu może-my te zdania odczytać.
Doskonały – po grecku to słowo brzmi teleios, a dosłownie ono znaczy: trafiający do celu. Doskonały to ten, który trafia do celu. I ta doskonałość oznacza, że ktoś osiągnął swój cel. Jest doskonały, bo ma wszystkie możliwości, by ten cel osiągnąć. To jest doskonałość. I tutaj to pojęcie doskonałości jako osiągnięcia pewnego celu, trafienia do pewnego celu, ono przez całe wieki wywoływało wiele nieporozumień, na przykład mówiono o takiej „społeczności doskonałej” – jakiś zakon, jakiś klasztor. I ta społeczność doskonała składa się z ludzi i ma wszystko, co jest potrzebne do osiągnięcia doskonałości. Niekiedy oczekujemy, gorszymy się, że te społeczności doskonałe nie są wcale doskonałe, ale Kościół ma wszystko, co jest potrzebne do osiągnięcia doskonałości: ma majątek, ma Słowo Boże, ma pewną hierarchię, ma władzę, ma rekolekcje, itd. Wszystko, co jest potrzebne do osiągnięcia doskonałości w Kościele jest. Mówimy: „Wierzę w jeden święty Kościół”, ale to jest Kościół, który jest w drodze. My sami też jesteśmy w drodze; mamy możliwości, żeby trafić do celu, stać się doskonałymi. To wszystko jest potrzebne. Ale w takim ujęciu niekiedy drugi człowiek jest w zasadzie niepotrzebny, a nawet wręcz może przeszkadzać – „byłbym doskonały, gdyby nie oni”. Na przykład księża mają taki zwyczaj, niekiedy idą do konfesjonału i zabierają ze sobą brewiarz. I wtedy się modlą, a kolejka stoi. Ale ksiądz się modli. I się złości: ja się chcę pomodlić brewiarzem, a tu przychodzą do mnie z grzechami jakimiś. I wtedy ludzie tak dyskretnie: Przepraszam, proszę księdza, czy można?… – No dobrze, już dobrze – i tak burczą. Chciałby być doskonały jeden z drugim księdzem, tylko mu ci ludzie przeszkadzają. To jest tego rodzaju spojrzenie. Ale to w każdej dziedzinie tak jest. Są tacy bibliotekarze, którzy najlepiej pracują wtedy, kiedy nikt nie przychodzi do biblioteki. A jak przychodzi, to jest tragedia – jemu przeszkadzają w pracy. On sobie rozłożył dokumenty, chce je zaksięgować, chce je opisać, a tu ktoś przychodzi i zawraca mu głowę, bo chce jakąś książkę wypożyczyć. Byłby doskonałym bibliotekarzem, gdyby oni mu nie przeszkadzali… To jest problem z doskonałością, rozumianą jako trafienie do celu. Ale w takim modelu myślenia o doskonałości łatwo jest się pogubić. Może tu chodzić o jakieś abstrakcyjne wartości: ja i modlitwa: ja i moja modlitwa będzie doskonała, czy też ja i przykazania Boże: będę zachowywał przykazania Boże w sposób doskonały, czy też w „klasztorkach”: ja i śluby święte: czystość, ubóstwo, posłuszeństwo, gorliwość o zbawienie dusz. Będę doskonały, doskonale będę zachowywał, ale jeżeli ktoś inny mi nie będzie w tym przeszkadzał. To jest takie trochę błędne myślenie. W czasach Jezusa byli tacy Żydzi (co prawda nie ma o nich w Piśmie Świętym, ale wykopaliska to potwierdzają), którzy mieli w odniesieniu do Prawa Mojżeszowego ogromne zaufanie i pragnęli realizować to Prawo w sposób absolutnie doskonały – to była sekta esseńczyków. Odkryto ją w Qumran. I, ja tam nie byłem, ale ci, którzy byli w Qumran, na tych wykopaliskach, mówią, że w tej miejscowości, w miejscu, gdzie był ten klasztor esseńczyków jest bardzo dużo takich basenów do rytualnych obmyć. Ciągle się musieli obmywać, bo zaciągali jakąś nieczystość. Wychodził do świata i spotkał się z nieczystymi i stawał się nieczysty. I wszyscy z zewnątrz jakby przeszkadzali im w osiąganiu tej doskonałości, którą sobie założyli.
A to pokazuje, że Bóg nie potrafi być doskonały w izolacji – chociażby ta Ewangelia o „Miłosiernym Ojcu”. Bóg nie po-trafi być w izolacji, nie potrafi być doskonały w izolacji. Bóg nie pielęgnuje doskonałości samej w sobie, samej dla siebie, ale Bóg jest doskonały zawsze w spotkaniu, doskonały jest w relacji, relacji do kogoś. On nie może być sam dla siebie tylko, ale w relacji do kogoś. To dzieje się w tajemnicy, wewnątrz Boga. I w tej wspólnocie Trójcy Świętej każda osoba istnieje dla drugiej, jako taki radykalny dar z siebie. To jest to, co Jezus mówi: „Ojciec mój przekazał mi wszystko, Ja mówię tylko to, co się Ojcu podoba”. Nie mówi o sobie: sam to wymyśliłem, ale Ojciec mój – i On daje świadectwo o Ojcu. Ja tylko to, co Ojciec mówię i nic więcej poza tym, co Ojciec mi objawił nie powiem, nie mówię od siebie – daje świadectwo o Ojcu. A o Duchu mówi: „Z Mojego weźmie i wam objawi”. I znowu Duch Święty nie skupia uwagi na sobie, ale skupia uwagę i przekazuje uwagę na Jezusa. „Duch otoczy mnie chwałą”. Duch nie otacza chwałą siebie, ale otacza chwałą Jezusa. I Duch w nas mówi, pomaga nam powiedzieć, że Jezus jest Panem. Duch Święty nie skupia uwagi na sobie, ale pragnie skupić uwagę na Jezusie, pokazać: zobacz, Jezus jest Panem i Ja tobie pomogę to uznać, wyznać. W Trójcy Świętej każdy jest darem dla innych. I to jest doskonałość, która nie jest taką doskonałością samą dla siebie, wsobną doskonałością, ale jest doskonałością w relacji. Doskonałością, która objawia się dopiero wtedy, kiedy jest darem dla innych. Ta doskonałość dzieje się w spotkaniu.
Jezus nie uczył uczniów niezależności, ale współzależności. Ostatnia encyklika papieża Franciszka „Laudato sii”: papież Franciszek cytuje tam św. Bonawenturę, który mówił: „Całe stworzenie jest trynitarne na wzór Trójcy Świętej”. Co to znaczy? To znaczy, że wszyscy jesteśmy od siebie w jakiś sposób zależni. Wydaje się, że jesteśmy kimś, bo osiągamy swoje cele, ale dzieje się to na przykład kosztem innych, kosztem przyrody, kosztem całego stworzenia. A w encyklice jak refren powtarza się, że wszystkie stworzenia są współzależne. Doskonałość sprawdza się w relacji.
Tutaj, przy tej doskonałości, która sprawdza, realizuje się w relacji, jest jeszcze jedno pojęcie, to jest świętość. Bo jak doskonały, to jaki? To święty. Ten tekst o byciu doskonałym jak Ojciec, hasło Roku Miłosierdzia, Roku Jubileuszowego, ma swoje źródło w Starym Testamencie, w Księdze Kapłańskiej (11, 44). Tam Bóg mówi: „Uświęćcie się, bądźcie świętymi, bo Ja jestem święty”. To jest rozumiane tak, że święte to jest to, co jest ofiarowane Panu Bogu. Jest obszar święty, ale jest miejsce nieświęte, gdzieś tam. Są rzeczy święte, ofiarowane tylko do kultu i są rzeczy nieświęte. Jeżeli coś lub ktoś staje się święty, to w ten sposób, że ofiaruje się to Bogu. I momentem, który decyduje o świętości jest kult. I świętość to jest znowu relacja, oddanie się Panu Bogu. To nie pewna stała forma, idealna, nienaruszalna, jak, nie wiem, diament, figurka, ale to jest pewien stan. I tak poświęca się na przy-kład naczynia liturgiczne i one od tej chwili, kiedy są po-święcone do sprawowania kultu, nie mogą być do niczego innego używane.
I jest w Ewangelii wg św. Łukasza przypowieść o Samary-taninie, który spotyka pobitego Żyda. I wzrusza się, opatruje mu rany, wylewając na nie wino i oliwę. Łukasz, mówią, że był lekarzem, i to jest ponoć jakiś środek leczniczy, to wino i oliwa. Ale też winem i oliwą polewano wszystkie ofiary, jakie były składane w świątyni jerozolimskiej. Czyli ten Samarytanin w tym geście obmywania winem i oliwą ran pobitego Żyda, jakby wykonuje akt kultu. Samarytanie nie chodzili do świątyni jerozolimskiej. W świątyni byli ci dwaj poprzedni: kapłan i lewita. Ale czyniąc taki gest, jakby składał go Bogu w ofierze, oddawał go Panu Bogu. Nie tylko robił to, co jest w jego mocy, i jeszcze zapłacił dwa denary, wziął go na swoje bydlę i zawiózł do gospody, ale jakby składał go w ofierze. I tym gestem ofiarowania, przedstawienia go Bogu w ofierze, tym gestem, jaki czyniono w świątyni, wchodzi z tym Żydem w zupełnie inną relację. W taką relację, w którą nawet nie próbował wejść ani kapłan ani lewita, którzy go minęli. Zupełnie inną relację. I co czyni doskonałym? I co czyni świętym? Za każdym razem to sprowadza się do relacji. Bycie świętym sprowadza się do relacji. Bycie doskonałym sprowadza się do relacji. Do drugich. Nie czyni świętym coś, co sobie założę, doskonałość. Będę doskonały, nie wiem, w milczeniu – to mnie nie uczyni świętym. Będę doskonały w modlitwie, będę się modlił, że aż będzie ziemia drżała – to mnie nie uczyni świętym. Ale świętym mnie uczyni to, jakie są moje relacje. Czy ta modlitwa przełoży się na relacje, do najbliższych. Często tych najdalszych łatwiej kochać niż tych najbliższych.
W Ewangelii wg św. Łukasza 6, 27-36, trochę to skrócę, Jezus mówi tak (to jest Łukaszowa wersja Kazania na górze, trochę krótsza): „Jak chcecie, żeby ludzie wam czynili, po-dobnie wy im czyńcie. Jeśli bowiem miłujecie tych tylko, którzy was miłują, jakaż za to [należy się] wam wdzięczność? Przecież i grzesznicy okazują miłość tym, którzy ich miłują. I jeśli dobrze czynicie tym tylko, którzy wam dobrze czynią, jaka za to [należy się] wam wdzięczność? I grzesznicy to samo czynią. Jeśli pożyczek udzielacie tym, od których spodziewacie się zwrotu, jakaż za to [należy się] wam wdzięczność? I grzesznicy pożyczają grzesznikom, żeby tyleż samo otrzymać. Wy natomiast miłujcie waszych nieprzyjaciół, czyńcie dobrze i pożyczajcie, niczego się za to nie spodziewając. A wasza nagroda będzie wielka i będziecie synami Najwyższego; ponieważ On jest dobry dla niewdzięcznych i złych (i teraz zdanie, które jest hasłem Roku Miłosierdzia). Bądźcie miłosierni, jak Ojciec wasz jest miłosierny”. „Jakaż za to dla was wdzięczność?” – tak jest przetłumaczone w Biblii Tysiąclecia. I to jest: od kogo ta wdzięczność ma być, kto jest zobowiązany do tej wdzięczności? Trochę ciężko to zrozumieć. Ale po łacinie w tym słowie, gdzie jest przetłumaczone „wdzięczność”, pada słowo gratia – łaska, a po grecku haris – też łaska. Czyli jakaż jest z tego łaska, inaczej: potrzebujecie łaski, żeby pożyczać tym, od których nie spodziewacie się zwrotu, dobrze życzyć tym, którzy was przeklinają, bo sami z siebie nie będziecie w stanie tego czynić. U św. Mateusza jest tak samo – „Będziecie synami Najwyższego”. Wtedy mamy doświadczenie bycia dzieckiem, kiedy wykonujemy takie rzeczy, których sami z siebie nie bylibyśmy w stanie zrobić. Sam z siebie po ludzku nie dam pożycz-ki komuś, od kogo nie spodziewam się zwrotu. Po ludzku nie będę błogosławił tych, którzy będą mi złorzeczyć, ale będę od nich uciekał lub będę się bronił. I potrzebuję łaski. „Jakaś za to dla was łaska…”, żeby takie rzeczy czynić. I znowu to się realizuje w relacji. I znowu jesteśmy w relacji. Takie rzeczy możemy czynić, kiedy jesteśmy w takiej komunii z Bogiem. Wtedy potrafię czynić takie rzeczy, które nie są wcale oczywiste. Potrzebna jest żywa, głęboka relacja z Bogiem, żeby móc czynić takie rzeczy, które nie są oczywiste. I to jest jedna z zasadniczych myśli papieża Franciszka na Rok Miłosierdzia, że uczymy się miłosierdzia od Boga. Nie od świata, ale od Boga. „Bądźcie miłosierni, jak Ojciec jest miłosierny”.
I teraz idziemy do przypowieści o synach i ojcu miłosiernym. To jest przypowieść o ojcu.
I tam jedno zdanie powtarza się dwa razy. Najpierw oj-ciec mówi to zdanie do sług, a potem to samo powtarza starszemu synowi. Ojciec mówi tak: „Ten mój syn był umarły, a ożył, zaginął, a odnalazł się”. Mówi to sługom i mówi to starszemu bratu. Jak sobie tak dobrze poczytamy, to ten starszy brat ani razu nie zwraca się do swojego rodzica „oj-cze”. A ten młodszy, marnotrawny, myśli: „ojciec mój”, wraca, mówi: „ojcze mój” – cały czas nazywa go po imieniu. A ten starszy nawet do ojca się nie zwraca, tylko mówi tak zarozumiale: „hej, ty, nie dałeś mi koźlęcia, żebym się zabawił”. Tych takich postaw starszego brata możemy znaleźć jeszcze więcej. Ale znowu, jak się sięgnie do języka oryginalnego, kiedy ojciec mówi: „ten mój syn był umarły, a ożył, zaginął, a odnalazł się”, to „odnalazł się” w języku greckim brzmi „został znaleziony”. Nie: sam się odnalazł, ale został znaleziony jakby przez kogoś innego. Teraz jaka to jest różnica. Bo młodszy syn wracał do domu, ale nie wracał jako syn, on wracał do domu jak żebrak, chciał się stać najemnikiem, bo był głodny, wszystko przehulał i wszystko, co dostał już nie było jego własnością. Nie miał nic, nawet sandałów. I wracał w poczuciu: uczyń mnie jednym z najemników; już nie jestem godzien nazywać się twoim synem – jakby sam siebie pozbawił synostwa. A co sobie ojciec powtarzał przez te wszystkie lata, kiedy syna nie było? To musiały być lata, bo to był majętny człowiek, z Ewangelii wynika, i ta część, która na niego przypada, pewnie była spora, skoro nie mógł się na nią doczekać. I co sobie ojciec powtarzał w swoim sercu, pewnie powtarzał jedno słowo: syn. Mój syn.
I w końcu syn wraca, a ojciec biegnie do niego, rzuca mu się na szyję, daje pierścień na rękę i prosi, żeby przygotować ucztę. Jeden z komentatorów mówi, że słudzy, których ojciec posyła, aby przygotowali ucztę, przynieśli szaty – to jest ob-raz Kościoła. Bóg Ojciec zaprasza, wciąga Kościół w dzieło miłosierdzia ojca. Przez to, że sługom daje pewne zadania, wciąga ich – nie tylko on sam chce być miłosierny, ale po-zwala, żeby ci słudzy też mieli udział w tym miłosierdziu. I znowu, zobaczcie, jest relacja. I syn zaczyna mówić to, co sobie przygotował: Ojcze, już nie jestem godzien nazywać się twoim synem, uczyń mnie… zgrzeszyłem przeciw Bogu i względem ciebie…, a ojciec mu przerywa, bo nie może zgodzić się na inną relację niż relacja ojca do syna. On nie może zgodzić się, żeby teraz jego syn był najemnikiem. Nie może zgodzić się na to, dlatego nie pozwala mu dokończyć tego, co sobie przygotował. Bóg nie umawia się z nami o robotę. Bóg nie potrafi nas traktować jak niewolników, jak najemników, ale zawsze traktuje jak dzieci. Ten syn przyszedł do domu, ale syna to w nim odnalazł ojciec, dlatego tam jest napisane: został znaleziony. Ojciec jakby odnalazł w nim na nowo syna. I co ojcu każe się tak zachowywać? Co każe mu dawać nowe szaty, sandały, pierścień, przygotować ucztę i na nowo uczy-nić go dziedzicem? Co jest takiego, co mu każe tak postąpić? Polskie tłumaczenie jest takie, że ojciec się wzruszył głęboko. Podobnie jak ten Samarytanin wzruszył się głęboko nad pobitym Żydem. Ale tekst łaciński w tłumaczeniu św. Hieronima mówi, że: ojciec został poruszony miłosierdziem – misericordia motus – poruszony czymś, co było w jego wnętrzu. Czyli miłosierdzie nie jest w czynie, w tym, co się spełnia, ale miłosierdzie jest czymś, co jest bardzo wewnętrzne – „poruszony miłosierdziem”. Jest czymś, co go napędza, co go uruchamia do takiego działania. Poruszony do głębi, czy też po-ruszony od głębi. To nie jest tak, że jest miłosierny w tym czynie. Ojciec wewnątrz jest cały miłosierdziem. I powód jest w ojcu, w tym, kim ojciec jest sam w sobie.
Słowo „miłosierdzie” jest przetłumaczone z hebrajskiego słowa hesed. Ono w pierwszej kolejności znaczy „wierność”; wierność sobie, wierność bez względu na to, jak ta druga osoba się zachowuje. Z tego słowa zostało przetłumaczone „miłosierdzie”. Kiedyś spotkałem takiego człowieka, przy-szedł do mnie do spowiedzi i mówi: jestem kawalerem z od-zysku. Nie wiedziałem, co to znaczy i się pytam, co to jest, a on mówi: wie ksiądz, ślubowałem swojej żonie, ona mnie opuściła i pojechała z jakimś innym człowiekiem do Szwecji, ale ja pozostaję jej wierny. Mijają lata, a on pozostaje wierny, bo ślubował. I to jest to miłosierdzie ojca. On taki po prostu jest. Ojciec w ten sposób się zachowuje, bo taki jest w swoich wnętrznościach. To może oddawać również takie słowo „po-stawa” – stała dyspozycja. Na przykład ktoś jest chory i nie może iść na Mszę Świętą, ale ma w sobie taką postawę liturgiczną, że składa Bogu ofiarę nawet wtedy, kiedy nie pójdzie na Mszę Świętą. Kiedy umierał Jan Paweł II, to w mediach powtarzało się jak refren: dziś papież nie odprawił Mszy Świętej; dziś papież nie odprawił drogi krzyżowej; dziś papież nie przyjął na audiencji nikogo… Ale gdy była odprawiana ostatnia droga krzyżowa, to ten obraz, pewnie niektórzy pamiętają, telewizja pokazywała, ojciec święty był ple-cami odwrócony i taki wtulony w krzyż. Kardynał Dziwisz mówił, że telewizja nie była w stanie go pokazać, bo jego twarz była tak wykrzywiona bólem, że tego nie sposób było pokazywać. I czy nie odprawiał drogi krzyżowej? Odprawiał. To była dopiero droga krzyżowa. Chociaż fizycznie tam po Koloseum nie chodził. To jest postawa.
Miłosierdzie ojca to nie jest tak, że Bóg się okazuje wtedy taki, kiedy spotyka się z naszą biedą – to wtedy Bóg mówi: a, może jednak się zlituję i zrobię coś większego. To nie jest to. Ale Bóg w swojej istocie, w swojej naturze jest miłosierdziem. On taki jest i nie potrafi inaczej. Być miłosiernym jak Ojciec to nie znaczy od czasu do czasu rzucić jakąś jałmużnę komuś, ale chodzi o to, kim jestem w środku, chodzi o po-stawę. I my się nie namawiamy w Roku Miłosierdzia, żeby się tak trochę sprężyć, być miłosiernymi, zrobić jakąś akcję dobroczynną, zrobić jakiś dobry uczynek, bo jest Rok Miłosierdzia. Ale namawiamy się przede wszystkim, żeby być w takiej bliskiej relacji z Bogiem, żeby to mnie zmieniło od środka. Żeby z tego, kim się stałem od środka, mogło wynikać to, jak postępuję – to wtedy jestem miłosierny jak Ojciec. I to nie jest kwestia jakiegoś doraźnego działania, ale to jest kwestia tego, kim jest się wewnętrznie.
Ksiądz biskup Ryś opowiadał, jak kiedyś odprawiał liturgię Wielkiego Czwartku w przytulisku dla bezdomnych u Brata Alberta i obmywał nogi – bo w Wielki Czwartek obmywa się nogi. Ale postawił drugą michę i powiedział, że jeżeli ktoś z obecnych chce komuś umyć nogi, to proszę bardzo, niech umyje. Bo niekiedy nie sposób wyrazić wdzięczności inaczej, jak przez umycie komuś nóg. Ale mówi: tylko wtedy możesz umyć komuś nogi, jeżeli najpierw pozwoliłeś, żeby tobie zostały nogi umyte. To jest taki obraz, żeby pozwolić umyć sobie nogi przez Jezusa. Jeżeli nie pozwoliłeś Bogu się nad sobą schylić i przed sobą klęknąć i za ciebie umrzeć, to jakiekolwiek gesty miłosierdzia nie będą miały fundamentu. Jak nie pozwoliłeś tego Bogu zrobić, to się nie pchaj do miłosierdzia – tak mówi biskup Grzegorz. Dlatego trzeba stanąć blisko Boga.
Będziemy mieć półtorej godziny na adorację. Nie chodzi o to, żeby tutaj półtorej godziny wysiedzieć w ławce, bo to jest trudne. Ale tak jak z klerykami się umawiamy na adorację to tak, że mamy dwie godziny, ale żeby tak sobie ten czas rozłożyć, wyjść, pospacerować, odetchnąć, odpocząć, napić się herbaty. I żeby łączny czas to była godzinka. My umówmy się, żeby ten łączny czas tej adoracji przedpołudniowej to było tak czterdzieści pięć minut. Żeby nie siedzieć cały czas, bo to jest męczące. Milczenie też jest męczące. Amerykańscy uczeni stwierdzili po badaniach, że statystyczny mężczyzna wypowiada dziennie 8 do 10 tysięcy słów – dużo. A statystyczna kobieta – 18 do 25 tysięcy. Mężczyznom łatwiej za-chować milczenie. Bo w głowie mamy też – tak mi ktoś po-wiedział – takie kartoniki. W każdym kartoniku jest jakaś sprawa. Kobieta ma takie kartoniki – tu są relacje, tu są dzieci, tu są wnuki, tu jest obiad, tu są zakupy, tu jest moja praca… A mężczyzna też ma takie kartoniki – tu jest praca, tu jest moja żona, tu są dzieci, tu jest pusty kartonik… Mężczyźni lubią otwierać ten pusty kartonik, niczym się nie zajmować – i to im idzie. Wykorzystajmy ten czas tak hojnie dla Pana Boga. Wczytujmy się w to słowo, spróbujmy sobie wy-obrażać, co tam się dzieje w tym ojcu. To nas będzie karmić.