HOMILIA PIERWSZA
W Kościele zawsze, jeżeli ktoś poszukiwał Pana Boga, to pierwszą rzeczą, której się uczył, to uczył się milczeć. Pan Bóg mówi. Pan Bóg mówi codziennie. Pan Bóg mówi każdego dnia. Ale my nie słyszymy Pana Boga, bo mamy mnóstwo rzeczy, dużo innych nadajników, które chcą zagłuszyć głos Pana Boga. A Pan Bóg każdego dnia mówi – i nie tylko w słowach Pisma Świętego, ale przez różne wydarzenia, przez innych ludzi, przez wydarzenia naszego życia – codziennie mówi. Ale nie mamy nigdy czasu, żeby się zatrzymać, żeby posłuchać.
Ale On nie mówi, żeby nas zniewalać – bo mógłby tak powiedzieć, krzyknąć jak błyskawica, jak grom, jak wulkan – a my od razu „tak, tak, Panie Boże, ja będę słuchać…” – bo czujemy strach, respekt. Nie chce nas swoją mocą jakoś tak przywołać do po-rządku, ale oczekuje wzajemności. Dlatego pierwszą rzeczą, której się trzeba uczyć – to uczyć się ciszy. Ale żeby była to cisza milczenia, takiego zewnętrznego milczenia, takiego faktycznego milczenia. Czasem jest „złe” milczenie, kiedy się gniewamy, i to milczenie jest pełne takiego napięcia, pełne takiej złej energii, takie milczenie, które jest gniewem: „Nie będę z tobą rozmawiać!”, prawda? I każde wtedy spotkanie, kiedy oczekujemy słowa i nie ma tego słowa, jest bolesne. A to milczenie, które sobie proponujemy w czasie tych rekolekcji ma być takim milczeniem wspierającym.
Pierwszy raz, kiedy uczestniczyłem w takich rekolekcjach, to już miałem dziesięć lat kapłaństwa. I pojechałem sobie na rekolekcje – osiem dni w milczeniu. I mieszkałem z jednym księdzem w jednym pokoju, ale nie gadaliśmy, bo ja nie chciałem łamać milczenia i on też nie chciał łamać. Tylko się obserwowaliśmy tak nawzajem. I w czasie posiłków też się obserwowaliśmy i w czasie rekreacji w ogrodzie, gdzieś tam u jezuitów w Częstochowie też się obserwowaliśmy. I w końcu, po ośmiu dniach, jak już można było gadać, jak się nam rozwiązały języki, to jakbyśmy byli starymi znajomymi, co się nie widzieli od dziesięciu lat – tak się poznaliśmy. Gadaliśmy chyba do czwartej nad ranem, już się dzień zaczynał budzić – tyle mieliśmy sobie do powiedzenia. W ciszy dopiero można było usłyszeć i siebie i drugiego człowieka – i poznać. To jest takie ważne, bo my ciągle czegoś słuchamy: na ulicy mamy słuchawki w uszach, w samo-chodzie gra jakiś tam nadajnik, w domu zawsze coś gra, przynajmniej radio i telewizor i komputer, coś ciągle, ciągle, ciągle… I nie ma czasu. A jak idziemy na Mszę Świętą, to się pytamy: „A czy długo ksiądz będzie gadał kazanie?”. Nie jesteśmy w stanie usłyszeć. Jak jest kazanie za długo – „a, już nie mogę, już nie wytrzymam…”. Koniec świata.
Zachariasz, ojciec Jana Chrzciciela, jak miał się urodzić jego syn, milczał dziewięć miesięcy, nie mógł gadać. Jak później mu się język rozwiązał, to wypowiedział takie błogosławieństwo, które codziennie w brewiarzu w jutrzni się od-mawia – „Błogosławiony Pan Bóg Izraela…”. Zaczął tak pro-rokować, że Kościół codziennie te słowa kontempluje. To jest dopiero moc słowa.
Ale żeby to milczenie było owocne, to będziemy się trzy-mać Słowa Bożego. Jutro będziemy rozważać z piętnastego rozdziału św. Łukasza przypowieść o miłosiernym Ojcu i dwóch marnotrawnych synach – mówi się, że tylko ten je-den był marnotrawny, ale ten drugi wcale nie był lepszy. I będziemy mieli pół dnia, bo drugie pół będziemy mieli fragment z Ewangelii według św. Jana, rozdział ósmy, o tej kobiecie przyłapanej na cudzołóstwie. A w niedzielę do południa będziemy mieli fragment o zesłaniu Ducha Świętego. I to będzie taka metoda, która w Kościele, w myśli, praktyce Ojców Kościoła była niemalże od początku.
Kiedy w 313 roku edyktem mediolańskim cesarz pozwolił chrześcijanom oficjalnie już istnieć i religia stała się religią państwową, to do Kościoła przyszły rzesze ludzi, ale poziom życia religijnego gwałtownie się osłabił. Bo za wyznawanie wiary już się nie cierpiało. Bycie chrześcijaninem nic nie kosztowało. I byli wtedy tacy radykałowie, którzy stwierdzi-li: tak nie może być. Zabierali ze sobą Pismo Święte i uciekali na pustynię. I mieli tylko Pismo Święte i nic więcej. I pracą własnych rąk utrzymywali się, i rozważali i czytali Pismo Święte. I z tego, z tej praktyki, narodziły się zakony, i z tej praktyki narodziła się taka metoda czytania, która ma cztery takie elementy:
• Pierwszy element to jest lectio – to jest po prostu czyta-nie. Czytam fragment Ewangelii i próbuję odczytać, co w tym fragmencie mówi Bóg? Co Bóg mówi? Bo my czytamy dziś tę przypowieść o zaginionej owcy i od razu włącza się nam sy-gnał: a, słyszałem to tysiąc razy. Wydaje nam się, że to Słowo Boże już znamy. My znamy dźwięk słów, znamy litery, zna-my wyrazy, ale to jest Boże Słowo. Bóg, cały Bóg, którego świat nie może ogarnąć, pojąć, zrozumieć, On się wypowiada w tym Słowie.
I to jest pierwszy element – czytanie, żeby spróbować odczytać, usłyszeć, co mówi Bóg. To jest lectio.
• Drugi element takiego Bożego czytania to jest meditatio – to już nam się wydaje: u, nie wiadomo, co to może być? Ale medytacja najprościej to jest: co Bóg w tym tekście mówi do mnie, co jest dla mnie takim słowem, które mnie porusza, co jest dla mnie takim słowem, które mnie w jakiś sposób stawia do pionu, które mnie czasem gniewa, nudzi, denerwuje; dlaczego mnie to nudzi? Dlaczego mnie to denerwuje?
I trzeba się wtedy trochę zastanowić, dlaczego to słowo mnie nudzi akurat, a to próbuje do mnie ciągle wracać, jak refren wraca. Zastanowić się. To jest medytacja.
• Trzeci element takiego Bożego czytania to jest contemplatio. To dopiero jest wysiłek! Wydaje nam się, że kontemplacja to gdzieś tam za murami klasztorów kontemplacyjnych, nawet nie u szarytek ani u księży misjonarzy, no, ewentualnie w Czernej u karmelitów bosych, bądź jeszcze u kamedułów na Bielanach w Krakowie… A kontemplacja to jest po prostu oglądanie. To jest rozmowa. Teraz, jeżeli od-czytałem, co mówi Bóg, co Bóg mówi do mnie, to kontemplacja jest taką modlitwą, o czym chcę z Bogiem porozmawiać. O czym, na podstawie tych słów, które rozważam, o czym chcę z Bogiem porozmawiać? Mogę porozmawiać o jednym temacie, który mi się narzucił, o drugim, mogę porozmawiać o czym innym… Ale to jest istota kontemplacji – rozmowa. O czym chcę z Bogiem, na podstawie tego fragmentu, po-rozmawiać, co mnie w tym fragmencie poruszyło i o czym chcę porozmawiać? I rozmawiam.
• Ostatni element to jest oratio – modlitwa. Czyli porozmawiałem i teraz, na skutek tej rozmowy, rodzi się jakieś pragnienie, czasem poczucie braku – to w tej intencji będę się modlił. Już niekoniecznie odmawiając różaniec, ale modląc się taką obecnością. Obecnością. Niekiedy ludzie, którzy się dobrze znają, którzy są ze sobą całe lata, nie potrzebują ciągle do siebie mówić. Ale wystarczy, że mają świadomość „jest w domu”. Ok, przyjdzie czas, to sobie pogadamy, siądziemy przy kawie i będziemy rozmawiać. A jak nie ma, to możemy być ze sobą i nie czujemy przymusu mówienia. To wtedy, kiedy się słabo znamy, czujemy się zakłopotani, kiedy zapada cisza. A kiedy się dobrze znamy, to nie czujemy przymusu mówienia. I podobnie, w tej ostatniej części Boże-go czytania, Lectio divina, to jest przebywanie z tym Słowem, które do mnie przemówiło, czy też dziękczynienie, czy też uwielbianie Pana Boga, czy też podziwianie Jego dzieł.
Często się zdarza, że jak czytamy jeden fragment, a już czytaliśmy niejeden raz Pismo Święte, to nam się zaczynają przypominać inne fragmenty Pisma Świętego. To jest taki dobry znak, jak się będą inne fragmenty przypominać, bo one jeszcze bardziej rozświetlają ten fragment, który dzisiaj rozważamy. Jest taka zasada w takim Bożym czytaniu, że Pismo Święte wyjaśnia się przez Pismo Święte. Nie przez jakieś inne mądrości ludzkie, ale Słowo Boże wyjaśnia się przez Słowo Boże. I czytamy, że tutaj na przykład, dzisiaj, Jezus opowiedział taką przypowieść, że zgubiła się owca i pasterz idzie za zagubioną, aż ją znajdzie; czy nie zostawia dziewięćdziesięciu dziewięciu na pustyni, a u św. Mateusza jest: czy nie zostawia dziewięćdziesięciu dziewięciu na górach. Św. Łukasz prawdopodobnie nigdy nie był w Palestynie i, chociaż starał się, to niekoniecznie musiał pisać według geograficznych wskazówek.
Jeżeli sobie tak poczytamy jeszcze lepiej, warto sięgnąć też do kontekstu, w jakim to Słowo jest. Co było wcześniej, a co jest później? To jest piętnasty rozdział Ewangelii wg św. Łukasza. Bibliści mówią, że ten piętnasty rozdział, gdzie jest przypowieść o tej zagubionej owcy, później zagubionej drachmie i o synu marnotrawnym, tak jest przynajmniej za-tytułowana w Biblii, to jest Ewangelia w Ewangelii. Że gdyby trzeba było, jutro o tym będę mówił, cokolwiek z Ewangelii zachować, jakiś najmniejszy fragmencik, to wystarczyłby ten piętnasty rozdział, zaledwie na jednej stronie się mieści. I to byłoby serce Ewangelii. W tym fragmencie streszcza się całe przesłanie Ewangelii. Zaczyna się ten fragment dzisiejszy, że Jezus opowiedział przypowieść w ten sposób: „przybliżali się do Niego wszyscy celnicy i grzesznicy (lekcjonarz tego nie ma), aby Go słuchać”; celnicy i grzesznicy przybliżali się do Jezusa, jakby byli przyciągani, żeby słuchać Słowa Bożego. Jakby już poczuli, że oni są taką glebą, na którą będzie padać ziarno Bożego słowa i będzie wydawać plon. Bo Jezus nauczał i do faryzeuszów też mówił, ale oni byli jaką glebą – kamienistą albo asfaltem i tam się Słowo nie mogło zakorzenić. A ci się przybliżali, bo Jezus ich akceptował. Faryzeusze, uczeni w Piśmie, gdy byli w towarzystwie takich celników, grzeszników, którzy nie znali Prawa to czuli się sami zbrudzeni. A Jezus przyciągał właśnie tych „zabrudzonych”, jak gdyby chcąc powiedzieć, że bierze na siebie całą ich nieczystość. Dlatego oni się przybliżali, bo czuli się przy Jezusie oczyszczani. I czuli się jak ci „błogosławieni, którzy słuchają Słowa Bożego i zachowują je” – to do nich powiedział. I przybliżali się. Ale faryzeusze tego nie mogli znieść – oni czuli się sami w sobie czyści, musieli się oczyszczać i obmywać wiele razy, kiedy mieli kontakt z jakimiś grzesznikami „nieczystymi” – i oburzali się na Jezusa. Jezus właśnie do tych, którzy mają o sobie wyobrażenie, że są czyści, mówi tę przypowieść, do faryzeuszów. Ale za tą przypowieścią ukrywa się: tym pasterzem, który zagubił owce jest Bóg. Zwyczajnie stado stu owiec jest duże. Dzisiaj to też jest duże stado. Ale jak ludzie mieli po mniej owiec, to wynajmowali pasterza, i on z wielkim stadem szedł – piętnaście owiec było Mietka, dziesięć owiec było Wacka, piętnaście owiec było kogoś innego… – wszystkie owce znał po imieniu. Kiedyś je-den z księży, który studiował w Izraelu opowiadał, że poszli na pustynię do takiego pasterza i on każdą owcę znał po imieniu, potrafił rozróżnić. Nawet dzisiaj jest to niesamowite. I dlatego, jeżeli był pasterzem i została mu powierzona jakaś trzoda, to bał się o swoją skórę – musiał iść i poszukiwać tej zagubionej. Ale tym, który poszukuje zagubionych, jest Bóg. A owcami jest każdy z nas. Jaki ojciec pozwoliłby sobie stracić, tak odprawić jedno ze swoich dzieci? Jaki kochający ojciec pozwoliłby sobie powiedzieć: a, to dziecko jest niedobre, a, to niech sobie zginie. To jest nie do pomyślenia w normalnych warunkach. Jeżeli ta owca się zgubiła, to po ludzku patrzymy, to pewnie, tak w sensie gospodarczym, nie przedstawiała większej wartości – może była chora, a jak była chora, to pewnie by zarażała inne owce, to lepiej niech się straci. Ale dla Boga wszystkie dzieci są równe. Wszystkie są wyjątkowe, wszystkie są niepowtarzalne. I dlatego zostawia i się naraża i idzie. A gdy znajduje, bierze z radością – nie mówi: „o, ty pogubiona, pokaleczona, ty…”, ale bierze z radością na ramiona; swoim odniesieniem się do niej już ją leczy. Ta, która się zagubiła, może wpadać w kompleksy, że jest słaba, że nie dorównuje innym, że jak się znowu znajdzie w stadzie, to z niej wszyscy się będą śmiać… Ojciec ją bierze, wyróżnia – i w ten sposób ją leczy. To jest Bóg. Takiego Boga chcemy odkrywać.
Jutro takiego Boga też chcemy odkrywać w tej przypowieści o synu marnotrawnym, czy też o dwóch marnotrawnych synach. Jutro przed południem zrobimy sobie takie wprowadzenie. Dobrze by było, gdybyśmy mieli możliwość robienia nota-tek – bo jak będę mówił pół godziny, to zapamiętamy ostatnie zdanie. A jak będzie notatka – łatwiej wtedy się skupić przez pół godziny, a po drugie jest do czego później się odwołać. Jeże-li jest taka możliwość, spróbujmy słuchać aktywnie .
Praktyka pokazuje, że jak się odprawia rekolekcje w milczeniu, to dopiero na trzeci dzień zaczyna się uczestniczyć w rekolekcjach. Bo jak się żyje w takim pędzie, nie sposób się wyciszyć od razu. Ale bywa tak, że jak się odprawia rekolekcje, od pierwszej chwili coś człowieka tak „chwyci”, że czuje się pociągnięty. Byłem na rekolekcjach dla księży, kapłańskich, dla ojców duchownych, wychowawców seminaryjnych, też takich ośmiodniowych, ze św. Mateuszem. Ewangelia wg św. Mateusza przez osiem dni, osiem fragmentów św. Mateusza czytaliśmy i jedna z pierwszych konferencji to była o Kazaniu na górze – „Błogosławieni ubodzy w duchu… Błogosławieni cisi…”. Ja się zatrzymałem na tym zdaniu „Błogosławieni cisi”. I tak mnie to wciągnęło, że później rozmawiam z kierownikiem duchowym (codziennie jest dwadzieścia minut rozmowy, taka możliwość w czasie rekolekcji w milczeniu) i on mówi: „a, niech sobie ojciec zostawi to błogosławieństwo cichych i codziennie sobie je rozważa. A rekolekcje niech sobie trwają. I ksiądz sobie będzie uczestniczył, ale proszę wracać do tego”. I rzeczywiście ja codziennie od rana do wieczora kontemplowałem „Błogosławieni cisi”; całe życie mi się prześwietliło. Jak szedłem do spowiedzi świętej, to czułem się, jakbym szedł do Pierwszej Komunii Świętej w życiu. „Błogosławieni cisi”. Bywa czasem tak, że Słowo tak potrafi prześwietlić całe życie – i to nie jest owoc, tego że ksiądz… Ale to jest owoc pewnego otwarcia, takiego: „Panie Boże, daję Ci czas. Mam jeden dzień. Daję Tobie ten dzień, ale tak „na full”, tylko dla Ciebie. Może jeszcze w życiu mi się nie zdarzyło cały dzień, 24 godziny oddać Tobie. Spróbuję to raz w życiu zrobić. Mów do mnie, ja będę słuchał”.
Takie będą nasze rekolekcje, proszę Państwa. Życzę takiej wytrwałości, życzę takiej otwartości na Słowo i nawet, jeżeli będziemy się męczyć, to się też warto przemęczyć, bo za jakiś czas zobaczymy: to miało sens, nawet kiedy się męczyłam, to miało sens. I to nam zostanie. Nie powinno zostać to, co ksiądz powie, ale powinno zostać to, co we mnie się działo, to, co ja przeżywałem, to, co ja odkryłem – to zostanie i to nas będzie rzeźbić, to nas będzie karmić. Będziemy tęsknić: jeszcze raz bym tak chciał…