HOMILIA DRUGA
Jesteśmy już po dwóch etapach rozważania jak to miłosierny jest Bóg Ojciec, jak to miłosierny jest Syn. I jak już będziemy po trzecim etapie, jak miłosierny jest Duch, to już będziemy w pełni wtajemniczeni. Będziemy wiedzieć, jak powinna wyglądać miłosierna wspólnota na wzór Trójcy Świętej. Kiedyś pewien benedyktyn o. Karol Badyna mówił: Taką zdrową wspólnotę można łatwo rozpoznać, bo wielu w tej wspólnocie nosi guzy na głowie. Dlaczego? Bo jak komuś coś upadnie, to się bracia wszyscy rzucają, żeby pod-nieść i się zderzają głowami. Myślę, że już niedaleko nam do takiej wspólnoty, bo jak tak nasłuchujemy, obserwujemy się w refektarzu, usługujemy sobie nawzajem, to już niedługo też będziemy mieć guzy na głowie. To będzie taki błogosławiony znak zdrowej wspólnoty.
Jutro natomiast chciałbym zaprosić Was wszystkich, żeby się przygotować; zrobić na Mszy Świętej pewne podsumowanie. Nie tylko ksiądz będzie gadał, ale chciałbym poprosić, żeby się podzielić, tak z ławki, siedząc, jedno/ dwa zdania, czy to miało sens, czy to nie miało sensu, ta cisza, te treści, te ćwiczenia, te medytacje, może coś odkryłem, a może nic nie odkryłem, może przemęczyłem się i traktowałem to jako pokutę, ale zachęcam. Teraz tak znienacka, z zaskoczenia nie chcę tego robić, chociaż miałem zamiar. Ale na jutro można się tak troszeczkę przygotować, tak we własnym gronie. My-ślę, że mamy już do siebie na tyle zaufania.
Ale popatrzmy sobie na dzisiejszą Ewangelię, bo kiedy się pochylamy nad Ewangelią, nad fragmentami Ewangelii, wczytujemy się w te słowa, to one coraz częściej zaczynają nam smakować i zaczynamy lepiej, więcej widzieć. Dzisiaj wspomnienie Niepokalanego Serca Najświętszej Maryi Pan-ny. W tym fragmencie św. Łukasz dwa razy mówi o sercu Maryi: „Z bólem serca szukaliśmy ciebie” i „Maryja chowała wiernie te sprawy w swoim sercu”. Kult Serca Jezusa, tak w Kościele historycznie patrząc, zaczął się około XIII wieku i tak powoli, powoli, poprzez różne wydarzenia, poprzez między innymi Cudowny Medalik, gdzie jest Serce Jezusa okolone cierniową koroną i Serce Maryi przebite mieczem, tak jak tu na tym witrażu, aż po objawienia fatimskie, rozprzestrzenił się w całym Kościele.
Rodzice Jezusa chodzili co roku na święto. „Gdy miał lat dwanaście, udał się tam zwyczajem świątecznym” – przypuszczalnie chodził częściej, bo pobożni rodzice zabierali od samego początku dzieci na pielgrzymkę, na praktyki religijne. Gdy kończył trzynaście lat taki chłopak, to już był zobowiązany według Prawa zachowywać przepisy i te pielgrzymki. A Jezus zaczął trochę wcześniej. I kiedy wracali po skończonych uroczystościach, został Jezus w Jerozolimie. Można by z jednej strony pomyśleć: no tak, rodzice się zagapili, nie uważali. Dostali taki dar i przestali czuwać. Ale z drugiej strony to jest wyrazem, że mieli zaufanie do Jezusa, mieli zaufanie do swoich krewnych i znajomych, że nic się złego nie stanie. Ale kiedy zauważyli, że Go nie ma, to wtedy zaczął się problem i zaczęli szukać wśród krewnych i znajomych i dopiero po trzech dniach Go odnaleźli. Po trzech dniach. Co to mogło oznaczać dla Maryi, która otrzymała w darze od Boga Syna, Bożego Syna? Trzy dni: jeden dzień poszukiwania, drugi dzień poszukiwania, trzeci dzień poszukiwania… Pewnie sobie przypomniała to, co nie tak dawno przecież Symeon Jej powiedział, że: „Twoją duszę miecz przeniknie” – to jest jedna z siedmiu boleści Maryi. Kiedyś bardzo popularna była koronka do siedmiu boleści Maryi, równolegle z koronką do siedmiu radości Maryi. Franciszka-nie się tym darem opiekowali. Kiedyś się pytałem pewnego franciszkanina, a pracuje w seminarium jako wychowawca, co to jest ta koronka do siedmiu boleści? Mówi: nie wiem. Zapomnieli. Aż sobie w Internecie znalazłem.
To zagubienie Jezusa to jest jedna z boleści Maryi. Ale z drugiej strony jedna z radości – odnalezienie Jezusa. Jaka to jest radość! To było piękne, bo: „na widok tego zdziwili się bardzo” – i tam jest to zdziwienie – znowu w języku oryginalnym trzeba popatrzeć – to nie jest takie dziwienie „uuuu”, ale takie zdziwienie pełne podziwu, pełne radości: „Wow, to mój Syn, nasz Syn potrafi w takim towarzystwie się obracać!”. Po-czuli pewną dumę, taką satysfakcję. Bo to zdziwienie jest inne od tego, które zauważamy u świadków tego wydarzenia: „Byli zdziwieni bystrością Jego umysłu”, byli zaszokowani: jak On tak może, skąd On to ma? – to jest inny rodzaj zdziwienia. A Maryja z takim uznaniem na to wszystko patrzy.
„Ojciec Twój i ja” – ojciec Twój. Chociaż fizycznie Józef nie był ojcem, Maryja go wysuwa do przodu: „ojciec Twój”. Zobaczcie, jaki piękny gest. Nie mówi: „Ja szukałam Ciebie razem z Józefem”, ale: „Ojciec Twój” – daje mu pierwszeństwo. Józef też się pewnie poczuł bardziej oddany swojej żonie: „Ojciec Twój i ja z bólem serca szukaliśmy Ciebie”.
Jezus powiedział tak tajemniczo, widzimy, że to może są i szorstkie słowa: „Czemuście Mnie szukali? Czy nie wiedzieliście, że powinienem być w tym, co należy do Mego Ojca?”. Ale z drugiej strony jest to taka bardzo stanowcza odpowiedź Jezusa, który już zaczyna coraz bardziej zdawać sobie sprawę z te-go, kim jest? Bo Jezus był człowiekiem, On nie miał gdzieś tam wpisanego programu, jak ma się zachowywać, co ma czynić, ale przecież nocami modlił się do Ojca i prosił, żeby objawił Mu Jego wolę. I ciągle odczytywał swoją tożsamość, kim tak na-prawdę jest, na czym ma polegać Jego misja. I tu jest taki pierwszy moment, w którym jakby sobie uświadomił: powinienem być w tym, co należy do mego Ojca. Czy w świątyni, ale może we wszystkich sprawach, dotyczących Ojca. To już sobie mocno uświadomił. Rodzice w tym momencie już nie dyskutowali. „Oni jednak nie zrozumieli tego, co im powiedział”.
To wydarzenie Maryja opowiedziała Łukaszowi po wielu, wielu latach, bo to przecież nie w tym momencie. Ewangelia według św. Łukasza powstawała po 70. roku, po zburzeniu Jerozolimy. Wiele lat Maryja nosiła to w swoim sercu i po wie-lu latach dopiero opowiedziała. To niezrozumienie, to dotyczy tego niezrozumienia w tamtej chwili, ale i tego, że przez całe lata Bóg jej stopniowo objawiał tajemnice Syna, stopniowo wprowadzał Ją w tajemnicę, do której Ją powołał. Gdyby w pierwszej chwili objawił Bóg, jaką drogę, co Ona będzie mu-siała przejść, co wycierpieć, czego być świadkiem – pewnie nikt by tego nie wytrzymał, nawet i Ona. Ale stopniowo, stopniowo do tego była podprowadzana. Kiedyś, chodząc po kolędzie, przyszedłem do pewnej pani, i ona tak: a, sama sobie mieszkam, a niech tu ksiądz zobaczy, tu mam swój ołtarzyk, tutaj się modlę, rozważam Pismo Święte. Co ksiądz o tym myśli? Mówi: tak sobie pomyślałam czy wyczytałam, że Maryja, kiedy urodziła Jezusa, to urodziła bezboleśnie – bo przecież nie miała grze-chu pierworodnego, a skutkiem grzechu jest „w bólach będziesz rodziła”. Ale mówi: ten ból narodzin Ona przeżywała pod krzyżem, kiedy musiała oddać swojego Syna na ofiarę, i wtedy nastąpił taki ból narodzin taki bardzo głęboki, bardzo dojrzały. Wtedy też stała się Matką ludzkości, Matką Kościoła. Bardzo mądre to było, takie głębokie, moim zdaniem. Gdzie się to zrodziło? W sercu tej pani, w czasie, kiedy się modliła.
Roman Brandstaetter, nawrócony Żyd, kiedy napisał książkę „Krąg biblijny”, wspomina swojego dziadka, który zachęcał go do czytania Biblii, żeby czytać ją codziennie, czytać ją zawsze. I mówi: „Pod koniec życia i tak stwierdzisz, że wszystkie księgi, jakie przeczytałeś są marnym komentarzem do tej jednej jedynej księgi, którą jest Słowo Boże”. I tego też sobie i nam wszystkim życzę, żebyśmy to samo mogli odkrywać.