MEDYTACJA DRUGA
Najlepszy Ojcze, o sercu pełnym miłości miłosiernej, dziękujemy Ci za Twoją troskę o całe stworzenie. Gdy powoływałeś do istnienia tchnieniem ust Twoich: niebo i ziemię, lądy i morza, rośliny i zwierzęta, płazy i ptactwo skrzydlate, a w końcu człowieka, zaplanowałeś dla każdego ze swoich stworzeń godny sposób istnienia, przez który miały ukazywać i wychwalać swego Stwórcę, o czym zaświadcza psalmista „Niebiosa głoszą chwałę Boga, dzieło rąk Jego obwieszcza nieboskłon” (Ps 19, 1). I tak dzieje się w przypadku natury nierozumnej, ona istnieje według Twojej woli, a Ty nieustannie się o nią troszczysz.
Natomiast człowiek, którego stworzyłeś na swój „obraz i podobieństwo”, miał być gospodarzem ziemi i kosmosu, miał nimi zarządzać według Twojej, najlepszej dla wszystkich woli. Niestety człowiek odmówił Ci posłuszeństwa już w raju, chciał stać się jak Bóg i podążać jedynie za swoją wolą, która była słaba i skłonna do zła. W ten sposób zerwał przymierze z Tobą, źródłem istnienia; samym sobą, bo skazał się na nieustanne wewnętrzne rozdarcie oraz stworzeniem, o które nie umie już dbać, ale chce je jedynie wykorzystywać.
Miłosierny Ojcze Ty nie zostawiłeś samego człowieka, który popadł w niewolę grzechu, ani zwierząt i roślin, które powołałeś do istnienia, ani natury nieożywionej i kosmosu. Najpierw okazałeś swą łaskawość ludziom, aby oni powróciwszy do harmonii z Tobą, samymi sobą i światem, znów mogli być wyrazicielami Twej troski o całe stworzenie.
Najlepszy nasz Ojcze, ponieważ jesteś samą prawdą i sprawiedliwością, musiałeś ukazać człowiekowi jego grzech nieposłuszeństwa. Ponieważ jesteś samą chwałą i świętością nie
mogłeś zgodzić się na kłamstwo i pychę człowieka. A dlatego, że jesteś mądrością i dobrocią postanowiłeś dać człowiekowi czas życia na ziemi, jako czas próby, wychowania, zasługiwania, walki między dobrem, a złem i w końcu dojrzewania do wiecznego przebywania z Tobą na wieki w miłości.
Wiedziałeś, że człowiek, Twoje najlepsze, ale słabe stworzenie nie poradzi sobie same na ziemi, dlatego już w protoewangelii, zaraz po grzechu pierworodnym zapowiedziałeś mu odpowiednią pomoc: „Wprowadzam nieprzyjaźń między ciebie, a niewiastę, pomiędzy potomstwo twoje, a potomstwo jej: ono zmiażdży ci głowę, a ty zmiażdżysz mu piętę” (Rdz 3, 15). Zapowiedziałeś ludzkości Zbawiciela, Twojego Syna.
Zanim jednak On się narodził na ziemi ciągle okazywałeś swą czułą, iście matczyną troskę o człowieka, zapewniając przez proroka Izajasza: „Czyż może niewiasta zapomnieć o swym niemowlęciu, ta, która kocha syna swego łona. A nawet gdyby ona zapomniała, Ja nie zapomnę o tobie” (Iz 49, 15). W innym miejscu też zapewniasz o troskliwej i czułej swojej miłości, której bardzo zależy na człowieku: „Nosiłem [was] od urodzenia, piastowałem od przyjścia na świat. Aż do waszej starości Ja będę ten sam i aż do siwizny Ja was podtrzymam. Ja tak czyniłem i Ja nadal noszę, Ja też podtrzymam was i ocalę” (Iz 46, 3b-4). Ukazujesz tu Panie swe serce, które jest delikatne, czułe, wierne, stałe, które pragnie nosić człowieka w swym łonie, piastować go po urodzeniu i podtrzymywać go w trudach ziemi aż do śmierci, będąc mu często jedynym ocaleniem.
Ojcze, który kochałeś swego Syna, jak samego siebie, a może jeszcze bardziej, z miłości do zniewolonego człowieka postanowiłeś go ofiarować na cierpienie, krzyż i śmierć. Czy Twoje czułe serce nie pękało z bólu, gdy patrzyłeś na Jego mękę? Czy nie chciałeś, jak nie jedna z matek umrzeć za swoje dziecko? Czy patrząc na Jego cierpienie, Twoje nie było jeszcze większe? Skoro Maryję stojącą pod krzyżem i cierpiącą po ludzku, kobiecym sercem, nazywamy współodkupicielką świata, kim nazwać Ciebie Boże Ojcze będący początkiem i najgłębszym przeżywaniem agonii Twego Syna. Dla-czego posunąłeś się, aż tak daleko? Od Abrahama zażądałeś ofiary z Izaaka, ale w ostatniej chwili oszczędziłeś go. Siebie nie oszczędziłeś! Zadałeś swej rodzicielskiej miłości naj-większe katusze, aby pokazać człowiekowi jak go miłujesz.
Tak często czuły Ojcze ludzie widzą tylko poświęcenie Jezusa, nie widzą Ciebie ukrytego za Jego Krzyżem. Nie widzą Twojej decyzji stworzenia i zbawienia człowieka. Nie widzą Twojego trudu wysłania swego Syna na ziemię i patrzenia na Jego ofiarę. Nie widzą, że to Ty powróciłeś Mu życie po trzech dniach i zabrałeś Go do Twojej chwały. Nie widzą, że po Jego odejściu posłałeś do ludzkich serc Ducha Świętego, który ma je prowadzić do zbawienia.
Ty nadal cierpisz, gdy Duch Święty, Twoja miłość nie jest przez ludzi przyjmowana i słuchana. Ty cierpisz, gdy Jezus w Eucharystii jest nie kochany, nie szanowany, bezczeszczony. I cierpisz ogromnie, gdy ludzie nie chcą Cię uznać za człego, troskliwego, delikatnego, kochającego Ojca, a widzą w Tobie jedynie tyrana, który jest odpowiedzialny za wszystkie tragedie i nieszczęścia ziemi. Gdy ludzie giną w obozach, gdy umiera na raka matka małych dzieci, gdy rodzi się ciężko upośledzone dziecko – winny jesteś Ty! Gdy ziemię dotyka trzęsienie ziemi, powódź lub susza – winny jesteś Ty! Gdy ludzie strzelają do dzieci w szkołach, wypędzają swych współziomków ze swoich domów, czyniąc ich uchodźcami, gdy prześladują innych w imię religii – winny jesteś Ty! Gdy zabijają nienarodzone dzieci; gdy nie dopuszczają do ich poczęcia przez antykoncepcję; gdy stosując metodę in vitro skazują swoje dodatkowe dzieci na zamrażanie w azocie, bez szansy na rozwój życia i miłość; gdy handlują ludźmi, by pobrać z nich organy dla bogatszych; gdy z rzekomego współczucia pozbawiają życia starych i chorych – za to wszystko też jesteś winny TY!
Tak niestety, najlepszy Ojcze, często myśli współczesny człowiek. I w ten sposób krzywdzi Ciebie i siebie. Widzi tylko zło, które rani, ale którego Ty nie stworzyłeś. Ty zawsze chciałeś pomagać człowiekowi w walce ze złem, chciałeś uczynić go zwycięzcą, a nie niewolnikiem. Ale, by tak się stało człowiek, Twoje stworzenie powinno podjąć, współpracę ze swoim Stwórcą, Rodzicem, Pierwowzorem. A człowiekowi ciągle brakuję do tego pokory, ufności, wiary w Twoją ojcowską, bezwarunkową, ofiarną miłość.
Miłosierny Ojcze, który nigdy nie porzuciłeś człowieka w jego samowoli, lecz ciągle marzysz i tęsknisz za tym, aby wszystkie twoje dzieci, które porodziłeś, wróciły na Twoje łono, do Twego domu i Twego serca. Dziękujemy Ci za Twojego Syna, który ciągle z Tobą zjednoczony, swoją postawą na ziemi, tak wiele powiedział nam o Tobie. On ciągle był w Tobie zakochany, ciągle modlił się do Ciebie, mówił o Tobie i Twoim Królestwie. Zachęcał wszystkich, by tak żyli, aby mogli do niego wejść. A swoim życiem wskazywał też na za-sady, które istnieją w Twoim domu, a które są wyrazem Twej delikatnej i czułej miłości.
Nauczał, że Bóg szuka każdej zabłąkanej duszy i bardzo zależy mu na odnalezieniu każdego: „Tak nie jest wolą Ojca waszego, aby zginęło jedno z tych małych” (Mt 18, 14). Zachęcał do przebaczania swym braciom aż siedemdziesiąt siedem razy, czyli w nieskończoność, bo jeżeli człowiek nie chce przebaczyć bratu równemu sobie, jak Bóg będzie mógł mu przebaczyć: „Podobnie uczyni wam Ojciec niebieski, jeżeli każdy z was nie przebaczy z serca swemu bratu” (Mt 18, 35).
Troszczył się o uzdrowienie chorych, nakarmienie głodnych, a nawet wskrzeszał umarłych, aby pokazać, że w Królestwie Ojca nie będzie już płaczu, ani łez. Zachęcał do pokory, ubóstwa, pojmowania władzy jako służby, aby chwalę odebrać dopiero z rąk Ojca w niebie. Pokazywał, że wielkimi wartościami w oczach Bożych są: jałmużna, modlitwa i post czynione w ukryciu, za każdym razem zapewniając „A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda Tobie” (Mt 6, 4b). Po-twierdził swym życiem słowa proroctwa o Słudze Pańskim i jego delikatnej miłości, pełnej miłosierdzia: „Oto sługa mój, którego wybrałem… Nie będzie się spierał, ani krzyczał, i nikt nie usłyszy na ulicach Jego głosu. Trzciny zgniecionej nie złamie, ani knota tlejącego się nie dogasi, aż zwycięsko sąd przeprowadzi. A w Jego imieniu narody nadzieję pokładać będą” (Mt 12, 18-20).
Pokazując nam Ciebie Boże Ojcze swym nauczaniem i życiem, opowiedział nam też przypowieść o Tobie, jako Miłosiernym Ojcu. Mówił w Ojcu, który miał dwóch synów, obu kochał jednakowo, obu chciał mieć przy sobie, by nauczyć ich pracy i w końcu przekazać im swój majątek. Jednak, gdy młodszy zażądał swej połowy, by wyjechać w dalekie kraje, choć z bólem serca, że traci syna, nie odmówił mu. Potem długo tęsknił, wyczekiwać, żył nadzieją. Gdy w końcu wrócił marnotrawny syn straciwszy wszystko, nie wyrzucał mu strat, nie obraził się że odszedł, nie wyrzucał mu swego bólu, lecz radował się jego powrotem do domu i serca Ojca, wyprawił ucztę i obdarował go znakami synostwa.
Uwielbiamy Cię najlepszy Ojcze, że ciągle o nas myślisz, kochasz, czekasz. Uwielbiamy Cię, że to, że jesteś święty, potężny, chwalebny, wszechmocny i sprawiedliwy. Uwielbiamy Cię za to, że jak ojciec i matka pochylasz się nad nami, słabymi dziećmi z miłością, czułością, troskliwością i przebaczeniem. Uwielbiamy Cię, że wynosisz nas w swoich ramionach do radości nieba, do chwały twoich synów i córek, do wielkości dusz zjednoczonych z Tobą na wieki, dzięki Twe-mu miłosierdziu, czyli miłości ofiarującej się bezinteresownie, bez liczenia na wzajemność, czy wdzięczność.